sobota, 20 listopada 2010

O życiu - część 1.

Zacząłem od wstukania tytułu i przeczytania go po cichu - te dwa słowa, choć własne, sparaliżowały mnie i onieśmieliły. Nie ma chyba tematu bardziej rozległego niż "życie" i trudno napisać na ten temat zwięzłą notkę. Postanowiłem jednak, gdy zaczynałem niedawno pisać tego bloga, starać nie przejmować się własnymi obawami, z tą o brak wystarczających kompetencji, by wypowiadać się na różne tematy, na czele, wychodząc z założenia, że i tak mało kto będzie to czytał, że to raczej takie moje wprawki. Trzeba więc zmierzyć się i z życiem - oczywiście nie z życiem w ogóle (z tym trzeba się mierzyć na co dzień), tylko z życiem jako przedmiotem refleksji i badań przyrodników - tym bardziej, że to zupełnie podstawowe pojęcie w biologii i filozofii przyrody (biologia w końcu znaczy: "nauka o życiu"). Paradoksalnie jednak jest to również jedno z najbardziej kontrowersyjnych pojęć - o to, czy życie rzeczywiście istnieje, czy jest tylko umownym terminem, spór toczy się odkąd ludzie analizują filozoficznie otaczający ich świat, który w końcu pełen jest stworzeń - przynajmniej z pozoru - żywych.

W pierwszym wpisie starałem się już wykrzyknąć swoje przekonanie o istnieniu życia, ale wierząc, że w tej fundamentalnej dyskusji filozofii przyrody nie chodzi o to, kto głośniej krzyknie, tylko kto ma rację, wypadałoby temat rozwinąć. To, co myślę, w dużej mierze zawdzięczam trzem filozofom: Davidowi S. Orderbergowi, Charlesowi De Koninck i Arystotelesowi, i do nich - trzech nie dość docenianych, a wybitnych myślicieli z trzech różnych epok (współczesnego, okołowojennego i starożytnego) odsyłam po ciekawszą i głębszą analizę tych samych zagadnień - sam również się do nich odsyłam, bo znam ich słabo.

Myślę, że dobrym punktem wyjścia do kilku uwag na temat życia jest ostatni wielki medialny biologiczny news, który być może nie umknął uwagi czytelników: Craig Ventner, amerykański naukowiec-przedsiębiorca, znany jako kierownik prywatnego programu sekwencjonowania ludzkiego genomu, ogłosił, że stworzył sztuczną komórkę bakteryjną, a tym samym - sztuczne życie. Wiadomość tę często komentowano, mówiąc, że oto stworzono życie tam, gdzie wcześniej były tylko pozbawione życia, nieożywione elementy składowe, innymi słowy - stworzono życie z nie-życia - co oznacza, że życie jest tylko terminem umownym, opisuje pewne zewnętrzne cechy (takie jak zdolność do rozmnażania się, wzrostu, odżywiania itd.), podczas gdy "wewnątrz" organizmów żywych tak naprawdę nic wyjątkowego nie ma, są po prostu odpowiednio ułożone części - jak w zegarku, który na zewnątrz dzwoni i chodzi, a w środku ma tylko kręcące się tryby. Gdy się weźmie takie części i razem złoży, to wyjdzie życie. Przeświadczenie Arystotelesa, że naturalne istoty żywe i artefakty (dzieła rąk ludzkich, np. maszyny) są jakościowo zasadniczo od siebie różne okazuje się byc przeżytkiem.

Pierwsza uwaga: jeśli z tego wynika, że życia nie ma, a jest tylko nie-życie, to co to w ogóle jest nie-życie? Słowa "nie-życie", "nieożywiony" sugerują, że chodzi o przeciwieństwo życia, jego brak, ale jeśli "życie" jest pustym słowem, to i "nie-życie" zaczyna być cokolwiek niezrozumiałe. Poczciwe kamienie, powietrze, chmury, które zawsze wydawały nam się proste do intuicyjnego ogarnięcia (wystarczyło zestawić je z bakterią, kwiatkiem, człowiekiem i zauważyć, czego w nich nie ma) teraz stają się na nowo tajemnicze - jak w pierwotnych kulturach, gdy wszystko, dla odmiany, było postrzegane jako żywe (hylozoizm).

Można zastanowić się też, dlaczego to życie jest terminem dla nas bardziej podstawowym, a nie-życie definiujemy jako jego przeciwieństwo czy też brak. Może dlatego, że życie znamy bardzo dobrze: z autopsji. Że jestem i żyję jest - jak chciał Kartezjusz, choć do jego stanowiska można mieć wiele zastrzeżeń - w jakiejś mierze prawdą dla nas najłatwiej dostępną i podstawową.

Wspomniany przeze mnie filozof Charles de Koninck (1906-65) tak mówił/pisał w swoich wykładach pt. "The Hollow Universe" ("Ten pusty wszechświat"), wygłoszonych na Uniwersytecie MacMaster w 1959 r. :
Let me remark on one curious feature of these thinkers. By an odd kind of method they seem to make the meaning of living depend upon our ability to verify it in the sort of life (so-called) that we know least about. They seem to be arguing that, if we cannot be sure whether such and such an obscure organism is alive, we cannot be sure that anything is alive. I am willing to grant that a test of this sort may become a valid means of determining certain laws of life—whether life supposes a connection with some special molecular structure, perhaps, or something of the kind. But I am utterly unable to understand how it can help us to know what life is (...), or whether this or that object is alive or dead.
Pozwolę sobie zwrócić uwagę na jedną zastanawiającą skłonność tych myślicieli. Z jakiejś niejasnej racji próbują oni uzależnić znaczenie "życia", od tego, czy potrafimy stwierdzić czy jest ono obecne w tych (tak zwanych) organizmach żywych, o którym wiemy najmniej. Zdają się argumentować, że jeśli nie możemy być pewni, czy taki a taki nieznany bliżej mały organizm jest żywy, to nie możemy być również pewni, czy cokolwiek jest żywe. Zgodzę się, że zajmowanie się takimi przypadkami może być uzasadnione, gdy chcemy zbadać pewne prawa dotyczące życia - na przykład czy życie łączy się z jakąś konkretną strukturą molekularną itp.  Nie mogę jednak zupełnie zrozumieć, jak ma to nam pomóc w poznaniu, czym jest życie (...) lub określeniu czy dany byt jest żywy czy martwy.
Takie podejście, które dzisiaj wydaje się oczywiste (stąd też dyskusje na temat życia zazwyczaj rozpoczynają się od niekończącej się debaty dotyczącej statusu wirusów), są bardzo odmienne od podejścia starożytnych, którzy, gdy zajmowali się jakimś problemem, szukali przykładów najlepiej poznanych i najbardziej wyraźnych. Może powinniśmy pójść w ich ślady i mówiąc o życiu spojrzeć nie na maleńkie istoty, o których prawie nic nie wiemy (bo współczesny materializm, który zakłada, że jak wiemy mniej-więcej z jakich elementów coś się składa i z czego z kolei składają się te elementy, to wiemy wszystko, wydaje mi się jawnie ułudnym reliktem pozytywizmu), ale na siebie samych, na człowieka, na inne wyższe zwierzęta itp.

Istotą życia wydaje się coś, co filozofowie określają czasem mianem "immanentnej przyczynowości". Gdy przyłożymy naładowany ujemnie przedmiot do innego naładowanego ujemnie przedmiotu, te dwa przedmioty odsuwają się od siebie. Gdy bakteria czy zwierzę wyczują coś, co im zagraża, również się odsuwają. Ale te dwa ruchy są jakościowo zupełnie od siebie odmienne. Pierwszy polega na tym, że dwa przedmioty oddziałują na siebie nawzajem i ze względu na swoje właściwości, swoje natury, powodują taki a taki skutek - ruch. Przedmioty te jednak nie robią tego, by w jakikolwiek sposób się "udoskonalić", poprawić swój stan, przed czymś uciec albo coś osiągnąć. Inaczej jest w przypadku drugiego ruchu - nawet najprostszy organizm żywy (choć najwyraźniej widzimy to patrząc "wgłąb" samych siebie) zachowuje się tak, a nie inaczej, ze względu na samego siebie. Organizm nie musi być tego świadomy - wszystko wskazuje na to, że świadomość posiadają jedynie zwierzęta, świadomość w rozumieniu klasycznym (świadomość fenomenologiczną) tylko zwierzęta wyższe, a pełnię świadomości (świadomość rozumną) tylko ludzie  - niemniej jednak jego istota, natura, jest właśnie taka, że cokolwiek robi, robi ze względu na samego siebie; każdy proces zachodzący w żywym organizmie - czy to proces metaboliczny, czy związany z rozmnażaniem itd. - jest ostatecznie ukierunkowany na "samodoskonalenie" organizmu czy gatunku. Przyczynowość w świecie nieożywionym nie jest ukierunkowana na obiekt, z którego bierze swój początek, ale na inne obiekty. Przyczynowość w świecie ożywionym jest ukierunkowana na sprawcę, jest zapętlona, immanentna. Właśnie ona wydaje się wyróżnikiem, istotą życia. Wszystkie charakterystyczne cechy organizmów żywych, które opisują podręczniki do biologii (np. zdolność do adaptacji), są jej skutkiem.

Gdy spojrzymy na samych siebie wydaje się to oczywiste. Jeśli zastanowię się dlaczego to piszę, na myśl przychodzi mi mnóstwo powodów, które ostatecznie sprowadzają się do takiego czy innego rodzaju przyczynowości immanentnej, do realizacji któregoś z immanentnych celów wpisanych w naturę człowieka (w przypadku człowieka, obdarzonego wolną wolą itp. określenie o jakie cele chodzi jest trudniejsze niż w przypadku innych istot żywych, ale i tak - przynajmniej teoretycznie - zawsze możliwe). Oczywiście jednocześnie jest miejsce na "normalną" przyczynowość: mogę powiedzieć o takim a nie innym funkcjonowaniu różnych części mojego ciała w trakcie pisania, od skurczów ścięgien palców po procesy molekularne w mózgu - ale ona w pełni nie tłumaczy tego, dlaczego dzieje się to, co się dzieje. Najlepiej to widać w momencie śmierci, gdy wszystkie elementy współtworzące żywą istotę i do tej pory "wprzęgnięte" w jej procesy życiowe, nagle zaczynają żyć "własnym życiem". Może jeszcze przez jakiś (zazwyczaj krótki) czas funkcjonują niektóre organy, tkanki, komórki (jeszcze rosna paznokcie itd.) - ale już każda "dla siebie", bez nadrzędnego celu. Po jakimś czasie wszystko, co żywe, obumiera i zostaje tylko mieszanina nieożywionych składników i wtedy rzeczywiście mamy do czynienia już tylko ze ślepym rachunkiem fizyko-chemicznych przyczyn i skutków. (Nie chcę być źle zrozumiany: organizm żywy też funkcjonuje zgodnie z fizyka i chemią i nie zachodzi w nim nic, co by łamało prawa przyrody - niemniej jednak fizyka i chemia nie w pełni wyjaśnia to, jak funkcjonuje).

Trudność w zaakceptować istnienia przyczynowości immanentnej bierze się, moim zdaniem, z pewnego przesądnego poglądu (nazywanego czasem "monizmem"), który nie dopuszcza żadnej różnorodności w świecie i wszystko chce ujednolicić. W świecie nieożywionym czy w świecie maszyn mamy do czynienia ze "ślepym" oddziaływaniem jednych przedmiotów na drugie. Czy to znaczy, że w świecie ożywionym, wbrew intuicjom (i nie tylko intuicjom, lecz także naszej racjonalnej wiedzy) dotyczącym funkcjonowania naszego własnego organizmu i innych organizmów, również może istnieć jedynie taka "ślepa" przyczynowość? Niby dlaczego? Czy jest jakiś powód, poza wspomnianym przeze mnie przesądem (który - swoją drogą - na dobre zadomowił się dopiero w epoce nowożytnej i to też tylko w niektórych kulturach), by we wszystkim dopatrywać się tylko "ślepej" przyczynowości? To prawda, że nie możemy zmierzyć, czy mamy do czynienia z przyczynowością "immanentną", czy nie, że nie możemy tego wprost empirycznie stwierdzić - potrzebna jest do tego refleksja filozoficzna. Ale tak samo nie możemy empirycznie stwierdzić, z jakiego rodzaju przyczynowością mamy do czynienia w świecie nieożywionym - do tego również potrzebny jest namysł na innym poziomie refleksji. Dziś zbyt często przyjmuje się pewne założenia - np. (wracając tym samym do Demokryta) że cały świat jest jedną wielką maszyną, w której części składowe, atomy, bezładnie postukują o siebie i z tego wychodzi pozornie sensowna, a w rzeczywistości przypadkowa i chaotyczna (choć jakimś dziwnym trafem matematycznie opisywalna) rzeczywistość - jako wprost oczywiste i niepotrzebujące dowodu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz