środa, 1 września 2010

Filozoficzne credo

Będą to miniatury biologiczne, krótkie notki o przepięknym świecie organizmów żywych: wypadałoby więc ich autorowi wierzyć w rzeczywiste, a nie tylko umowne, istnienie tychże organizmów i pulsującego w nich życia.

W naszej scjentystycznej kulturze żywe stworzenia są coraz częściej sprowadzane do czegoś na kształt bardzo skomplikowanych maszyn zbudowanych z białek i innych cząsteczek. Jest to punkt widzenia stary jak świat, sięgający co najmniej Leucypa i Demokryta, niemniej jest on, czy w dawnym, czy w nowoczesnym wydaniu, błędny: organizmy żywe to istoty posiadające określoną naturę, stosowne dla nich władze i właściwości (w filozoficznym żargonie: przypadłości), a tylko jedną z tych właściwości - choć oczywiście fundamentalną - jest, że, będąc stworzeniami materialnymi, posiadają ciało, które zawiera odpowiednie elementy składowe. Niby nie taka duża między tymi dwoma podejściami różnica, a jednak prowadzą one do fundamentalnie różnych odpowiedzi na pytanie, co przed sobą widzę, patrząc, powiedzmy, na dzika: czy to coś jest naprawdę dzikiem, składającym się - i owszem - z organów, tkanek, a idąc głębiej - białek, atomów, kwarków, czy naprawdę jedynie zbiorem elementarnych cząsteczek, a dzikiem się tylko być wydaje. Jest jeszcze odpowiedź pośrednia, za którą opowiada się wielu współczesnych filozofów biologii: widzę co prawda jedynie zbiór cząsteczek, ale z niego "wyłania" się organizm żywy. O takim wyłanianiu się (ang. "emergence") napisano wiele książek, ale na próżno szukać w nich informacji, na czym ono w praktyce polega.

Problem zahacza także o dwie inne kwestie, metafizyczną i epistemologiczną. Pierwsza: czy coś takiego, jak życie, rzeczywiście istnieje? Czy organizmy żywe faktycznie różnią się jakościowo od bytów nieożywionych, np. bardzo skomplikowanych maszyn (i to bynajmniej nie ze względu na dodatkowy składnik, w przeszłości postulowany przez naukowców, tzw. "siłę witalną"), czy jakościowych różnic nie ma, a żywe stworzenia są co najwyżej (jak na razie) trochę bardziej skomplikowane? I druga kwestia: czy, stykając się ze światem zewnętrznym, poznaję go takim, jakim on jest - nawet jeśli poznaję go tylko częściowo, niedoskonale, czy raczej moje zmysły i mój umysł zasadniczo mnie mamią i muszę próbować jakoś dostać się do prawdziwego świata drzemiącego pod przykrywką tego, co dostrzegalne - do chłodnego świata elementarnej materii?

Opowiadam się za istnieniem życia i poznawczym realizmem, ale to już może tyle, jeśli chodzi o "deklaracje programowe". Chciałem, aby pierwszy wpis miał charakter trochę polemiczny, żeby podkreślić filozoficzną pozycję, z jakiej będą pisane kolejne wpisy, które, choć - w odróżnieniu od tego - będą się zajmować przede wszystkim suchymi faktami lub sformułowanymi na ich podstawie naukowymi teoriami, czasem nieuchronnie zahaczą o dziedzinę zwaną filozofią przyrody, swoją drogą również zajmującą sie analizą faktów, tylko na trochę innym poziomie refleksji. Będą to miniatury biologiczne, krótkie notki o przepięknym świecie organizmów żywych: wypadałoby więc ich autorowi wierzyć w rzeczywiste, a nie tylko umowne, istnienie tychże organizmów i pulsującego w nich życia. A że nie będą to teksty, mimo tego może niedzisiejszego podejścia, paranaukowe, postaram się udowodnić z biegiem tygodni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz