piątek, 10 grudnia 2010

O życiu - część 2.

Dominuje dziś przekonanie, że organizmy żywe to zbiory (kolekcje). Co do tego, czego (tzn. jakich elementów) są to zbiory, nie ma już tak powszechnej zgody. Zazwyczaj zakłada się, że cząsteczek - ale też nie bardzo wiadomo, czy białek (jak w sentencji Lenina i fragmencie piosenki Osieckiej: "życie jest formą istnienia białka"), czy atomów, czy kwarków, czy jakichś elektromagnetycznych "chmur" albo "gęstości"; wszak skąd mamy wiedzieć, na jakim poziomie budowy materii się zatrzymać? Skoro nie wiemy na jakim, szukamy cząsteczek możliwie najbardziej elementarnych, o których można by z czystym sumieniem powiedzieć, że wszystko się z nich składa, jak układanka z puzzli - tylko że im głębiej brniemy, tym dziwniejsze są napotkane "drobiny" i tym mniej nadają się do roli prostych elementów składowych (choć dla niektórych to zaleta - wszak trudno sobie wyobrazić, żeby cokolwiek musiało być czymś więcej niż zbiorem cząsteczek, jeśli te cząsteczki to bliżej nieokreślone "chmury" opisywalne równaniami przy których - gdy rozpatrzymy parę takich cząsteczek naraz - wysiadają nasze superkomputery).

Wybitny filozof Bertrand Russell pisał z kolei (w "Dziejach filozofii Zachodu") o zbiorach "wydarzeń" (ang. "events", "occurrences"). Mówimy o człowieku - np. panu Smithie - ale w rzeczywistości chodzi nam tylko o pewien zbiór kolorów, które widzimy, gdy patrzymy na "pana Smitha", pewien zbiór dźwięków, które słyszymy, gdy słuchamy jak mówi, i tak dalej. W najlepszym wypadku może istnieć zbiór pewnych faktów, zdarzeń (pan Smith był chory, potem wyzdrowiał, zrobił to czy tamto), ale wiara, że "pan Smith" jest czymś bardziej trwałym i jednolitym niż tenże szereg faktów jest - pisze Russell - błędna. Wydaje nam się, że te wszystkie "dane zmysłowe" oraz zdarzenia, których jesteśmy świadkami, muszą wychodzić ze wspólnego źródła, muszą wisieć na jednym "haczyku" - jednolitym konkretnie istniejącym bycie, którego dotyczą - ale Russell twierdzi, że nie muszą, tak jak Ziemia nie musi być podtrzymywana przez słonia, jak w dawnych mitologiach, żeby istnieć ("They have in fact no need of a hook, any more than the earth needs an elephant to rest upon"). Te wszystkie zdarzenia po prostu istnieją, tak jak wszystko inne na tym świecie po prostu istnieje (tak zresztą można w jednym zdaniu streścić całą metafizykę Russella, która jest metafizyką "istnienia po prostu"). Porównajmy pana Smitha do Francji: krainę geograficzną nad Sekwaną, Loarą i Rodanem nazywamy Francją, ale przecież jedynie dla "językowej wygody", w rzeczywistości nie ma czegoś takiego jak jednolita "Francja", są jedynie jej części ("there is not a thing called 'France' over and above its various parts"). "Francja" jako spójna całość, można by dodać, może zaistnieć w wyniku ludzkiej konwencji, tzn. jeśli ludzie umówią się, że istnieją granice, które określają dokładnie, gdzie się znajduje - ale nie istnieje obiektywnie, niezależnie od człowieka. Tak samo pan Smith (i każdy inny organizm żywy) jest tylko "zbiorem zdarzeń", zdefiniowanym przez człowieka dla językowej - czy też semiotycznej - wygody: wszak taki już jest nasz język, że zdania mają podmioty, więc trzeba jakieś podmioty wyszukać, choćby na siłę. Russell za dużo naczytał się starożytnej filozofii i za dużo wypił angielskiej herbaty z mlekiem, grzejąc się przy kominku, żeby być prostym naturalistą, ale naturalista mógłby pokusić się jeszcze o usuwające wszystkie wątpliwości wytłumaczenie ewolucyjne dla takiego stanu rzeczy: dobrze jest, na przykład, postrzegać wszystkie kwarki tworzące wilka, albo wszystkie dźwięki, kolory i wydarzenia, dotyczące wilka, jako jedną całość, jednostkę, podmiot, bo wtedy łatwiej zidentyfikować zagrożenie, jakie ten konkretny zbiór cząsteczek czy zdarzeń dla nas stanowi. Dlatego nasze zmysły i nasz mózg tak wyewoluowały przez miliony lat, by dostrzegać raczej wilka niż zlepek kwarków, ale nie znaczy to, że tenże wilk obiektywnie istnieje.

Pojawia się jednak problem. Załóżmy, że pan Smith jest tylko zbiorem cząsteczek albo zdarzeń, tak samo wilk i każdy inny organizm żywy. Których cząsteczek/zdarzeń jest pan Smith zbiorem? Tych, które go tworzą - odpowiemy. Ale tutaj kryje się klasyczny błąd logiczny (tzw. błędne koło), na który zwraca uwagę choćby filozof Crawford Elder: mówimy, że pan Smith jako taki nie istnieje, że istnieje tylko zbiór cząsteczek (pomińmy na razie "zbiory zdarzeń" Russella), ale żeby określić, które cząsteczki należą do tego zbioru, potrzebujemy jednak, żeby pan Smith, jako całość, istniał, bo inaczej nie możemy powiedzieć, które cząsteczki do niego należą, a które nie (tyczy się to zwłaszcza takich "zbiorów", jak organizmy żywe, których skład cząsteczkowy się ciągle zmienia - co sekundę obumierają jakieś komórki, inne powstają, zachodzi wymiana gazowa itp.). Żeby uniknąć tego błędu musielibyśmy przestać mówić o organizmach żywych jako "zbiorach cząsteczek", a mówić po prostu, że organizmy żywe nie istnieją, że istnieją jedynie cząsteczki, które zachowują się zgodnie ze swymi prawami, wywołując przy okazji różne efekty makroskopowe, które w rzeczywistości są tylko pozorne i nie warto się nimi interesować. Ponieważ nie ma organizmów żywych, nawet rozumianych jako "zbiory cząsteczek", nie ma "właściwości charakterystycznych dla organizmów żywych", o których rozpisują się podręczniki do biologii. W ogóle biologia jest w takim razie pseudonauką, która postuluje jakąś usystematyzowaną wiedzę na temat istot (lub choćby zbiorów), które obiektywnie nie istnieją. W rzeczywistości rację bytu ma tylko fizyka (a konkretnie tylko fizyka cząsteczek elementarnych), pozostałe dziedziny wiedzy mogą mieć zastosowanie praktyczne, ale o rzeczywistości jako takiej nie mówią nam nic. Spełnia się tym samym przepowiednia amerykańskiego biologa, Joela L.Cohena, że zazdroszczenie fizykom jest przekleństwem biologii ("Physics-envy is the curse of biology").

To jednak jeszcze nie koniec. Skoro uważamy, że w przestrzeni nie istnieją żadne byty, a jedynie elementarne cząsteczki, czy nie tak samo powinno być w czasie - w końcu czas to jedynie (jak chce wielu współczesnych filozofów nauki) czwarty wymiar, nie różniący się niczym od trzech wymiarów przestrzeni? A jeśli tak, to nawet poczciwych cząsteczek elementarnych nie można zostawić w spokoju. Dlaczego bowiem ten oto kwark miałby być tym samym kwarkiem w tej sekundzie, co sekundę temu, albo nawet co jedną milionową sekundy temu? Czy nie są to dwie różne cząstki czasoprzestrzeni, które my uznaliśmy za jedną całość (dla językowej wygody, a tak w ogóle to po prostu dlatego, że nasze mózgi są produktem ewolucji)? Czy w takim razie można w ogóle mówić o jakichś "właściwościach" i "prawach" tych cząsteczek elementarnych, jeśli w rzeczywistości są to właściwości i prawa pewnych zbiorów cząsteczek (bo w przypadku nieskończenie krótkich fragmentów czasoprzestrzeni nie da się mówić o żadnych prawach, właściwościach, równaniach - w nieskończenie krótkim czasie nic się nie dzieje, a właściwości, prawa i równania opisują zawsze jakieś "dzianie się"), zbiorów, które my sami zdefiniowaliśmy i które obiektywnie nie istnieją jako zbiory? Tutaj należy wrócić jeszcze do cząsteczek istniejących w przestrzeni: jeśli najbardziej elementarne cząsteczki, jakie udało nam się znaleźć nadal posiadają jeszcze jakieś wymiary, to czy na te wymiary nie zgodziliśmy się dlatego, że tych cząsteczek nie dało się już na nic podzielić? Bo jak inaczej wytłumaczyć, że jedna połowa, dajmy na to, kwarka, miałaby tworzyć całość z drugą połową? Chyba tylko jeśli nijak nie da się ich od siebie oddzielić (też można by dyskutować, czy taka definicja elementarności jest słuszna). Ale jeśli nie patrzymy już na żadne dynamiczne procesy - bo w rzeczywistości sprowadzają się one do postulowania istnienia w czasoprzestrzeni zbiorów, które nie istnieją - to nasze kryterium elementarności (niepodzielność) przestaje działać i zostaje nam tylko rozpatrywać cząstki nieskończenie małe (bezwymiarowe).

Dochodzimy tym samym do obrazu świata, o którym nawet Bertrand Russell nie śmiał marzyć, świata, który jest czteroosiowym układem współrzędnych, na którym pewne elementarne, nieskończenie małe i krótkie, punkty (zaburzenia?) po prostu są, nie ma natomiast żadnych równań, właściwości, praw, wzorów, zbiorów. Żadnych obiektów rozciągłych w przestrzeni bądź czasie. Jeśli do tego dołożymy uwagę, z którą wielu logików się zgodzi, że rzeczy "nieskończenie małe" mogą istnieć jedynie umownie, jako "idealne" granice pewnych szeregów, a nie rzeczywiście (jeśli nie, to wydaje mi się, że na nowo musimy się rozprawić z paradoksami Zenona z Elei), dochodzimy do wniosku, że w ogóle nic nie istnieje. Że tak po prostu nic nie istnieje (a jedynie nasz mózg coś dostrzega, bo wyewoluował, by dostrzegać). 

Cały ten obraz jest pełen logicznych paradoksów i ogólnie jest absurdalny, a w dodatku stoi w sprzeczności z tym, co na pewno wiemy o świecie, tzn., że dość dużo rzeczy (w tym my sami) jednak istnieje. Spróbujmy więc trochę inaczej podejść do świata. 

Po pierwsze: czas nie jest  po prostu czwartym wymiarem. Fizyka wcale nie jest zgodna, co do tego, czy czas można traktować tak samo jak przestrzeń (np. w równaniach wyrażających teorię względności - jak zauważa David S. Oderberg - czas nie jest traktowany symetrycznie do trzech wymiarów przestrzeni), ale nawet, gdyby była co do tego zgodna, to wcale by z tego nie wynikało, że czas się niczym nie różni od wymiarów przestrzeni: na jabłkach można dokonywać takich samych działań matematycznych, co na ludziach i tak samo skutecznie można opisać ich ruch przy pomocą kinematyki, ale jednak jabłka i ludzie to nie to samo. Inne jeszcze problemy z traktowaniem czasu w metafizyce jako czwartego wymiaru wymienia angielski logik i filozof (mąż Elizabeth Anscombe) Peter Geach w książce "Logic matters" (dedykowanej, nota bene, Polakom, zwłaszcza polskim logikom - oryginalne brytyjskie wydanie zawiera dedykację po polsku: "Ku czci tych co polegli w sprawie Ojczyzny").


Jeśli uznamy już, że czas nie jest tylko czwartym wymiarem, możemy docenić, jak przydatny jest on w odkrywaniu tego, co istnieje. Czas istnieje dlatego, że w rzeczywistości zachodzą zmiany, jest on bowiem - miał rację Arystoteles - miarą zmiany. Wyobraźmy sobie teraz "zamarzniętą Ziemię", na której nie zachodzą żadne zmiany, która tak po prostu trwa. Stykając się z takim światem, nie moglibyśmy powiedzieć, co na nim istnieje. Może, na ten przykład, ptak stanowi całość z drzewem, na którym siedzi. Nie da się tego rozsądzić. W takim razie najlepiej znów założyć, że istnieją tylko elementarne cząsteczki - ale na zamarzniętej Ziemi o wiele trudniej być materialistą, niż na naszej. Bo skąd wiemy, gdzie cząsteczka się kończy, a gdzie zaczyna. Znów wraca pytanie, czy jedna połowa kwarka stanowi całość z drugą, czy jest czymś odrębnym i tym razem znów nie da się na nie odpowiedzieć. Pozostaje więc albo powiedzieć, że wszystko, co istnieje, stanowi jedną całość (to chyba sensowne wyjście), albo, że istnieją tylko nieskończenie małe fragmenty (co już wiemy, jak się kończy). Tak naprawdę jednak powinniśmy powiedzieć, że niewiele o tym zamarzniętym świecie wiemy.

Lecz teraz wyobraźmy sobie, że Ziemia nagle odtaje. Ptak odlatuje z gałęzi i za chwilę siada na innej i nasz rozum w lot chwyta, że ptak jest czymś oddzielnym od drzewa i że przypuszczalnie istnieje jako samodzielny byt (rozum, bo "gołe" zmysły są ślepe na istnienie różnych bytów w świecie, tak jak są ślepe na istnienie przyczynowości - patrz poprzedni wpis). Dlaczego? Bo zauważa, że to coś, co określamy jako ptak, posiada szereg właściwości, które były w stanie przetrwać zmiany, które zaszły (np. zmiany położenia), podczas gdy "drzewo-ptak" okazał się krótkotrwałym połączeniem, które w dodatku w zasadzie nie posiada żadnych właściwości, nie sprowadzających się do sumy właściwości obydwu elementów. Wytrawny badacz mógłby się zająć trudniejszym problemem: czy ptak istnieje, czy raczej elementy, z których on się składa, dajmy na to - kwarki. Może z ptakiem jest tak, jak z "dzrzewem-ptakiem", które okazało się być jedynie  "przygodnym" zbiorem elementów. Badacz odkryje, że, po pierwsze, skład ptaka się stale zmienia (wymienia on różne substancje z otoczeniem - gazy, składniki mineralne, wodę, różne komórki w nim obumierają, inne się tworzą) mimo iż ptak jako taki trwa, a, po drugie, posiada on właściwości, których żaden element składowy, w ogóle żaden nieożywiony byt, nie posiada (np. zdolność do odżywiania się po to, by przeżyć) i które znikają, gdy ptak straci życie, choć tworzące go elementy składowe zostają, gdzie były. W ten sposób raczej dojdzie do wniosku, że ptak istnieje jako całość (choć równocześnie prawdą jest, że składa się on z elementów składowych, ale to nie wyczerpuje tego, czym ptak jest).


Nie da się określić jednego definitywnego algorytmu, jak należy badać świat, jak odkrywać, co istnieje i jakie, to co istnieje, jest. W dodatku łatwo o błąd. Możemy np. dojść do wniosku, że drzewo stanowi całość z rosnącą na nim jemiołą (bo wiele na to wskazuje), by po głębszej analizie biologicznej zauważyć, że są to dwa oddzielne, choć zależne od siebie, organizmy. Wiedzy o świecie nie zdobywa się łatwo, ale nie dlatego, że świat jest zupełnie tajemniczy (choć w jakiejś mierze tajemniczy jest) i nie mamy do niego żadnego dostępu - tylko dlatego, że jest tak wiele rzeczy, które można poznać, że głowa pęka od nadmiaru. Jedno jest jednak pewne: na świecie istnieją różne rzeczy, a analizując zmiany zachodzące w świecie, patrząc na to, co trwa, co się zmienia, jak się zmienia, w zależności od czego itp. jesteśmy w stanie, "uzbrojeni" w zmysły i rozum, bardzo wiele się dowiedzieć (w taki sposób zawsze funkcjonowały nauka i interpretująca jej okrycia filozofia przyrody i - miejmy nadzieję - nadal tak będą funkcjonować). 

A jedną z "rzeczy", o których możemy dowiedzieć się, że istnieją, jest zjawisko życia, "bytujące" w organizmach żywych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz